LAMPA Z KOSZA

TO JUŻ BYŁO

Lampa z kosza, to nie nowość. Nie pierwsza w internecie i nie moja pierwsza na blogu i w mieszkaniu. Jednak to tak proste i efektowne DIY, że zawsze warto o nim napisać. Tym bardziej, że pokazując poprzednią lampę często dostawałam pytania jak ją zamontowałam.

W przypadku moich lamp w salonie z koszy HK Living montaż był bardzo łatwy. Dzięki dużym dziurom w plecionce, osłonka wpasowała się w nie idealnie. Nic nie trzeba było nacinać ani wiercić. Abażury po demontażu nadal mogą służyć jako kosze, do czego zostały pierwotnie stworzone.

KOSZE MOJA MIŁOŚĆ

Kosze wszelkiej maści to moja miłość odkąd pamiętam. Gdy je widzę, moja wnętrzarska dusza wpada w błogi niemy zachwyt. Czasami całkiem głośny zachwyt. Kiedy widzę gdzieś kolejny piękny kosz muszę się mocno stopować, bo wiem, że po pierwsze wcale go tak bardzo nie potrzebuję, jak myślę, po drugie nie mam już gdzie go postawić/zawiesić/położyć. A jeśli myślicie, że przez prawie 8 lat blogowania pokazałam już wszystkie kosze, które mam w domu, to się mylicie. Aktualnie mam dwa kosze, które na prawdę są nieużyteczne w moim wnętrzu i brak mi na nie miejsca, a nie umiem się z nimi rozstać.

Jak już wiecie jak wielka i nielogiczna jest moja miłość do tego typu pojemników, nie zdziwi Was, że wymiana lamp w salonie nie była diametralną zmianą. Można powiedzieć, że kosmetyczną. W takim razie, po co?, zapytacie.

DAŁAM KOSZA

Dlaczego dałam kosza moim lampom z kosza? Moje pierwsze „koszowe” lampy DIY wynikały z braków na rynku wnętrzarskim. Wtedy plecionych lamp prawie nie było. Ten trend dopiero zaczął raczkować. Pojedyncze modele, które udało mi się znaleźć w tamtym czasie były ogromne (świetnie sprawdziłyby się we wnętrzach innych niż blokowe) i bardzo drogie. Choć same kosze, też do tanich nie należały, to i tak była to 1/15 ceny gotowego oświetlenia. 😉

Przez 3,5 roku lampy świetnie się sprawdzały w salonie, ale mi się opatrzyły. Nie tylko dlatego, że codziennie na nie patrzyłam w swoim domu. Jakiś czas temu pewien skandynawski sklep zaczął mieć w swojej ofercie bardzo podobne kosze w niskiej cenie i one szybko stały się lampami w innych domach. Cóż poradzić? Po prostu idealnie do tej roli się nadają. Niestety „magia” instagrama to dostępność obrazków i ich przesyt. Miałam więc przesyt lamp z kosza podobnych do moich.

TRENDY I OBFITOŚĆ WYBORU

Styl boho i blisko natury rozprzestrzenia się od jakiś dwóch, trzech lat. To mnie cieszy, bo wybór dekoracji i akcesoriów do domu w moim guście jest teraz ogromny. Oczywiście jest to zarówno zaletą i wadą. Bo można wpaść w amok zakupów, ale też ma się dużo większy wybór i łatwiej wybrać coś, co nam się bardzo podoba i nie iść na kompromisy.

Lampa z kosza, to aktualnie, gdy wybór plecionych abażurów jest tak duży, ekstrawagancja prawie. Choć w moim przypadku to przekora i miłość do indywidualnych, własnoręcznych projektów.

PLECIONKI

Plecionka plecionce nie równa. Nie każdy kosz mnie zachwyca i nie każda pleciona lampa. To też jest jeden z powodów, dla którego zdecydowałam się na projekt DIY. Gdy zobaczyłam kosze w limitowanej kolekcji IKEA TANKVARD, wiedziałam, że to jest to! I nawet długaśne uchwyty nie powstrzymały mojej wyobraźni przed przekształceniem ich w oświetlenie. Podobał mi się materiał (trawa morska) jak i surowość wykonania. Jeśli czujecie się zawiedzeni, bo chcielibyście podobne lampy, to dostałam niedawno cynk, że coś w tym stylu pojawi się w szwedzkim gigancie, ale już jako gotowe abażury. Nie wiem tylko kiedy i jak podobne. 😉

NA WYMIAR

Co fajnego jest w projektach DIY? Bo co nie fajne to wiemy: trzeba wysilić się i coś wymyślić, a co gorsza samemu to zrobić. 😉 Jakie są plusy? Mniejsze szanse, że ktoś będzie miał tak samo, niż przy gotowych produktach. Jednak dla mnie najważniejszą zaletą jest dopasowanie projektu do potrzeb.

Moje lampy są dokładnie takie jak chciałam. Mają kable w lnianym oplocie, nad stołem wiszą dwa abażury, które wychodzą z drewnianej podwójnej podsufitki. W salonie jest tylko jedna lampa. ( zdjęcia tejże wypatrujcie w niedalekiej przyszłości na instagramie 😉 ). Żarówki wkręcam w drewnianą oprawkę. Wszystko jest tak, jak sobie wymyśliłam. Czy kupiłabym taką gotową lampę? Nie. Jeśli nawet, to na pewno nie w takiej cenie. Koszt lampy nad stołem, beż żarówek to 250 pln. Koszt lampy w salonie to 140 pln.

W moim przypadku był to też domowy reusing. Drewniana podsufitka i oprawki użyte nad stołem, pochodzą z pokoju małego pana Y. W nowej wersji pokoju nie spełniały swojej roli tak jak powinny. Zyskały drugie, równie dobre życie w salonie. Granatowe kable użyliśmy przy innych lampach w pokoju chłopców. Więc nic się nie zmarnowało.

KROK PO KROKU

Zanim zakupiłam kosze, upewniłam się, czy uchwyty da się odczepić bez uszkodzeń. Jak zobaczycie na zdjęciach, było to banalnie łatwe.

Kolejną ważną rzeczą jest kwestia umieszczenia oprawki i kabla. Przy koszach o luźnym splocie, przeciągnięcie kabla między plecionką często nie stanowi problemu. W przypadku moich koszy nie było takiej możliwości. I tu zaryzykowałam. Wywierciłam dziurę centralnie po środku kosza z nadzieją, że się nie rozpadnie. Splot jest tak ciasny, że kosz nawet nie zauważył tej drobnej zmiany. 😉 Więc jeśli znajdziecie kosze z podobnym dnem, śmiało wierćcie.

W przypadku takiego mocowania lampy z kosza, polecam zrezygnować z klasycznych tanich oprawek żarówek. Najlepiej sprawdzą się tego typu jak zastosowałam. Kosz wtedy ładnie i równomiernie opiera się na takiej oprawce. Niestety nie pokażę Wam jak zamontować kabel w oprawce i podsufitce. To robił mój mąż, a ja nie zdążyłam tego obfotografować. Natomiast jest dużo tutoriali w internecie i myślę, że znajdziecie odpowiedni dla siebie.

A gdzie kupić kable i podsufitki? W sieci znajdziecie kilka sklepów z taką ofertą. Ja swoje lampy złożyłam z części ze sklepu Kolorowekable i Simplylight. Polecam też zajrzeć tam do działu outlet. Kupicie mleczne żarówki za połowę ceny, z drobnymi niewidocznymi wręcz rysami. Światło z tego typu żarówek jest idealne do lamp plecionych. Ładnie i delikatnie rozprasza światło i nie tworzy cieni na ścianach i suficie.

Satysfakcja z własnoręcznie wykonanych lamp jest duża, szczególnie wtedy, gdy efekt końcowy jest taki, jaki sobie wymyśliłam. A w tym wypadku tak właśnie jest. Wiem już, że są tacy, którzy przyzwyczaili się do poprzedniej wersji i ta ich jeszcze ujęła. Może z czasem się przyzwyczają i do tej. Pamiętam, że poprzednie lampy też miały mało entuzjastów na początku. 😉

Według Was, która wersja lepsza? Choć wersję „przed” uwielbiałam i mam do niej ogromny sentyment, to wersja „po” jest najbliższa temu, co aktualnie w duszy mi gra.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Jeśli mój post zachęcił Was do stworzenia własnych plecionych lamp, ale czujecie się nie pocieszeni, że tych koszy nie ma już w sprzedaży, to podsuwam Wam pomysły na inne koszo-lampy .

W IKEA „lampogenne” kosze moim zdaniem to SNIDAD i HURRING. W H&M bardzo fajne lampy mogą powstać z tych koszy i z tych. Pod kolejnymi linkami znajdziecie kosze podobne do moich : 1, 2, 3. Nie wiem jak długo linki będą aktualne, więc kto pierwszy ten lepszy. Szukając koszy patrzcie czy są ażurowe. Te gęsto plecione na całej powierzchni zabiorą Wam całe światło i będą „ciężko” wyglądać w roli lampy. Choć też dużo zależy od kształtu kosza i tego co i jak ma oświetlać.

Jeśli ten post Was zachęcił do tworzenia lamp własnoręcznie, a moje polecenia i linki Wam pomogły, dajcie znać. Pochwalcie się tym co stworzyliście. Udostępnienia wpisu będą równie mile widziane.

ściskam

Iza

Post powstał przy współpracy z moimi dziećmi. Poszły wcześnie spać i miałam siłę i czas go napisać. 😉

JESIENNY STÓŁ
This is the most recent story.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MENU

Back

Udostępnij